Ranga: Początkujący Grupy: apostaci
, Uzytkownik zarejestrowany
Przyłączony: 19-07-2009 Posty: 537 Punkty: 37
|
Witam bardzo serdecznie na tym wątku tych wszystkich, którzy zechcą zadać sobie trud i prowadzić dyskusje na wszelkie tematy z wyczerpaniem warunku zawartego w tytule.
Nie witam spamerów, tych, którzy maja pęd, by wszystko, co im ślina na język, a palce na klawiaturę przyniosa oznajmić, nie witam również szaleńców i ignorantów. Forum jest wystarczająco pojemne, by mogli się rozwodzić gdzie indziej, a jeśli mają choć odrobinę przyzwoitości i rzeczywiście tolerancja nie jest dla nich pustym słowem to dla dobrze rozumianego dobra odpuszczą sobie słowotok w jeszcze tym wątku. Będzie to swoisty test na uczciwość ich intencji i przede wszystkim dbałość o dobro tego forum. Masz rację Belialu, gdy napisałeś, iż winniśmy się zwrócić w kierunku tematów, jakie nas interesują. Otóż mnie zaczęło żywotnie zajmować cóż znaczy termin: pogląd.
W uniwersalnym ujęciu za pogląd można uznać dosłownie każdy wyartykułowany zwrot. Czy jednak w językach, jakimi posługują się ludzie nie wprowadzono celowo szeregu słów, które mają za zadanie doprecyzowanie, wykazywanie złożoności poprzez tworzenie dodatkowych wyrazów, które mają za zadanie wykazać niuanse, jakich wymaga dostosowanie choćby owego słówka wytrychu – „pogląd” do rzeczywistości.
I tak. Jeśli za pogląd uważamy wszystko niezależnie od oceny kondycji owego to znamy przecież szereg określeń, które zostały chyba po coś stworzone. To właśnie żywotność języków, odpowiedź na zapotrzebowanie. Czemu zatem w językach oprócz słowa: „pogląd” istnieją wyrazy: „bzdura”, „idiotyzm”, „nonsens”, „bezsens”, a na drugim biegunie „racja”, czy „konstruktywizm”? Zdaje się, że jeśli zostały stworzone to zrobiono to, albowiem zauważono żywotną potrzebę specyfikacji wyrażeń ogólnych, do których należy zwrot „pogląd”.
Tak więc poglądy można mieć przeróżne, ale w obiektywnym ujęciu niektóre z naszych wyrażanych poglądów nigdy nie wyczerpią znamiona słuszności. I tak pogląd o geocentryzmie, przynajmniej w odniesieniu do naszego systemu, zwanego systemem słonecznym nauka jednoznacznie oddaliła. Wprawdzie kiedyś można było, co jedynie spekulować i wybierać pomiędzy: helio-, a geo-centryzmem, ale dziś spekulacje w tym temacie osobie chcącej uchodzić za rozsądną po prostu nie przystoją. Tak samo ma się sprawa z kulistością, bądź płaskością Ziemi. Od czasu podróży w przestrzeń kosmiczną, sztucznych satelitów fotografujących naszą planetę - płaskość Ziemi jest passe. Dwa wyżej wymienione poglądy mają tę ujmująco prostą rzeczywistość, iż należą do czasu teraźniejszego. Dzieją się tu i teraz na naszych oczach i za naszej egzystencji, a postęp techniczny pozwolił nam jednoznacznie zweryfikować niesłusznośc/słuszność wcześniejszych alternatyw. Sprawa naturalnie ogromnie komplikuje się, w przypadku poglądów na rzeczy przeszłe. Przyszłość pomijam zupełnie, bo to czyste spekulacje. Wprawdzie są jednostki aspirujące do miana: jasnowidza, proroka, ale jakoś jeszcze nikt nie udowodnił, że prekognicja potrafi mieć wgląd na wszystkie losy wszystkich. Tak jak pozostaje sprawą sporną, na ile prekognicja jest prekognicją, a na ile to po prostu bardzo trafne przewidywanie, ale niemające z jasnowidzeniem nic wspólnego. No i pomijając zupełnie „prekognicję” typu: „zdarzy się wypadek”. Albo: „jutro spotkasz szatyna”. Powróćmy jednak do przeszłości. Trudno jest jednoznacznie ustalić rzeczy minione. I tak trudno jest odtworzyć choćby powstanie wszechświata. Na bazie tych trudności rodzi się ogromne pole do popisu dla alternatywnych rozwiązań. Czym jednak różni się opracowanie naukowe od rozwiązań paranaukowych? Przede wszystkim wstrzemięźliwością. Owa wstrzemięźliwość polega na niewprowadzaniu niezidentyfikowanych bytów. Nauka ogranicza się do opisu rzeczy zastanych i wyciąganiu na ich podstawie wniosków/hipotez. I tak swego czasu opisano rzecz zastaną i na jej podstawie przewidziano, iż jeśli jest prawidłowa to powinna skutkować tym, co potem faktycznie odkryto i nazwano kosmicznym promieniowaniem tła.
Naturalnie ludzkość od zarania nurtuje pytanie o przyczynę. Ze względu na skłonność do antropocentryzmu (pięknie ujętą przez Ksenofantesa) najbardziej powszechną (choć różnorodnie ujmowaną) przyczyną jest czynnik nazwijmy to roboczo „boski”. To zupełnie proste i całkowicie zrozumiałe przełożenie typu: zegar powstał, bo zbudował go zegarmistrz. Możemy dotknąć zarówno zegara, jak i zegarmistrza, więc takie ujęcie jest bardzo pociągające. Jedni zegarmistrza definiują jako jakiś abstrakcyjny byt, nawet dodają mu atrybuty typu: wszechmocny, wszechwiedzący, wszechwładny, wszechwieczny etc. Jak widać wystarczy dodać przedrostek „wszech”, by pozbyć się kłopotu. I sprawę odstawić ad acta.
Inni poszli nieco dalej. Wprawdzie choć niektórzy z nich nie wahają się używać tego samego określenia „bóg” to natychmiast dodają, że to nie żaden „bóg”, tylko zwykły człowiek, ale bardzo rozwinięty, ot choćby technicznie. Na czym opiera się ich logika? Wszak to również wywód logiczny.
Ano czerpią tu pełnymi garściami z teorii ewolucji. Jakoś trzeba się dopasować. No i oczywiście nie mniej czerpią z historii ostatniego stulecia, które przyniosło postęp techniczny wstrząsający. Tak więc: dziś - loty na księżyc, jutro – stwarzanie w laboratorium wszechświata.
Niestety doświadczenia z przeszłości winny ich przestrzec, że tam, gdzie człowiek od kolebki doszukiwał się człowieka, bądź bytu mu podobnego, w odkrytej i udowodnionej przez następne pokolenia rzeczywistości nie było ani człowieka, ani bytu człowiekowi podobnego. Wręcz przeciwnie. Okazywało się, że rzeczywistość nie jest żadnym wynikiem działalności człowieka, czy bytów człekopodobnych, a jej skomplikowanie przerasta jego uprzednie wyobrażenia. Co gorsza pomijając myślenie intencjonalne tych, co chcą to tak dalej uparcie widzieć, nie wykazuje owa rzeczywistość żadnych cech świadomego działania. Czegóż jednak nieścisłego można doszukać się w wywodach kreacjonistów szeroko pojętego ruchu New Age?
Coz. Jak wynika z mojego doswiadczenia, jednostki fascynujące się tego typu niewiadoma podniecają się zarówno odwiedzinami UFO, dosyć zwyczajnymi spotkaniami wprawdzie trzeciego stopnia (choć jak do tej pory brak jednoznacznych dowodów na takie zdarzenia), ale odbywającymi się w naszych wymiarach, jak i hipotetycznymi „możliwościami”, że owe ufoludki to kosmiczni laboranci (rozwinięci ludzie) – mieszający w menzurkach i tworzący wszechświaty. Albo jedno, albo drugie. Jeśli chcą iść ścieżką logiki to winni logicznie założyć, że laborant wprawdzie może mieszać w menzurce, ale już wejść do niej nie potrafi.
To jedna rozbieżność. Inna jest taka, że nawet ci, co odrzucają NOL, ale tkwią okopani w swej wizji pankosmicznego laboranta nie zauważają, iż ich wywód opiera się na słabym założeniu. Słabość owego założenia wynika z: - dotychczasowego zdruzgotania wszelkich antropocentrycznych teorii, jakie odnosiły się do procesów fizycznych - opierania swojego założenia na możliwości, która może się spełnić, bądź nie - tego, że opierając się na tym co powyżej, czyli rzeczy opisywanej powiedzeniem: „na dwoje babka wróżyła” (czyli” albo ludzkość dokona pewnych osiągnięć, albo nie) wzorem kreacjonistów tradycyjnych (preferujących przedrostek wszech- cokolwiek to znaczy) wyprowadzają z tej jeszcze nieprzewidywalnej rzeczy kolejny niczym niepotwierdzony aspekt – czyli byt kreujący. Na koniec o logice. Logika jest jak linijka. A rzeczywistość jak wstążka, której długość logika/linijka mierzy. Można tę linijkę przyłożyć nieodpowiednio i pomiar nie będzie prawidłowy. Jednak bez owej linijki nie dokona się żadnego pomiaru. I to dedykuję tym wszystkim, którzy logikę chcą mieć za nic.
|
Ranga: Początkujący Grupy: apostaci
, Uzytkownik zarejestrowany
Przyłączony: 19-07-2009 Posty: 537 Punkty: 37
|
To pobawmy się na początek z takim tekstem:
Jezus mityczny, czy postać historyczna? Cóż rozumieć przez to pytanie? Sam fakt pojawienia się takiej osoby w jakimś czasie, czy też całościowy obraz przekazany potomnym przez wyznawców jego kultu? O ile można dopuścić, że gdzieś w początkach naszej ery żył jakiś mężczyzna o imieniu Jezus, parał się kaznodziejstwem i skończył ukarany za wichrzycielstwo, o tyle szereg detali dotykających jego działalności oraz życia musi budzić spore wątpliwości w kwestii autentyczności relacji, tudzież realności opisanych zdarzeń.
Dwaj „biografowie” Mateusz i Łukasz raczą czytelników zwiastowaniem, niepokalanym poczęciem, aniołami, gwiazdą-drogowskazem trzech mędrców i tym podobnymi historyjkami. Wszystko to znamy z innych równie prawdopodobnych przekazów, że wspomnę choćby mity o narodzinach Dionizosa, bądź Horusa. Tendencje stare jak religie. Nie przeczę, że takie ujęcie tematu uatrakcyjniało starożytnym kultową osobę. Zwłaszcza tym przywiązanym mentalnie do teogonii spod znaku Hezjoda. W uznawanej za najstarszą ewangelii Marka brak jeszcze tych wszystkich około narodzeniowych cudowności. Markowi najwidoczniej boskie zapłodnienie nie było specjalnie bliskie, ani niezbędne. Paląca potrzeba pojawiła się z chwilą poszerzania kręgu odbiorców. Piszący teksty, a znani jako Łukasz oraz Mateusz bezbłędnie rozpoznali rynek. Niczym doskonali specjaliści od spraw marketingu zareagowali odpowiednią podażą.
Mateusz udramatyzował swój wywód dodatkowo elementem rzezi niewiniątek. Opowieść zapewne wzruszająca niejedno matczyne serce, wyciskacz łez dla wielu pierwszych chrześcijanek. W umyśle twórcy dokonało się przy tym skojarzenie z Herodem, postacią jak najbardziej historyczną, znaną z okrucieństwa. Wpasował się więc ów sadystyczny władca wyjątkowo znakomicie w tło „historyczne”. I tylko drobną niedogodność sprawiają niekiedy entuzjastom biblijnych bajek wstrętne niedowiarki, dopytując dlaczegóż taki drastyczny incydent nie pozostawił śladów w innych źródłach? Dodatkowo sceptycy wysuwają słuszny zarzut o rozbieżności chronologicznej pomiędzy śmiercią Heroda Wielkiego, gdyż to on właśnie pretenduje do roli tyrana, a tradycyjną datą narodzin Jezusa. Dziwów jest zresztą znacznie więcej. Obaj ewangeliści prezentują zupełnie odmienny scenariusz podróży Jezusa-oseska. Mateusz wysyła dziecię z Betlejem do Egiptu, by po śmierci Heroda ulokować rodzinkę w Nazarecie. Łukasz natomiast ekspediuje noworodka z Betlejem do Jerozolimy, czyli prosto w paszczę lwa, po czym pozwala odetchnąć zdezorientowanym czytelnikom i ku ich niewątpliwej uldze umieszcza familię identycznie jak kolega w Nazarecie.
Przykład z posłużeniem się Herodem nakazuje ostrożnie podchodzić do przytaczanych przez ewangelicznych narratorów konkretów. Obojętne, czy dotyczą one postaci historycznych jak August, Kwiryniusz, albo Annasz lub też opisują topografię terenu. Zawartość takich detali w tekście nie przesądza w żadnej mierze o prawdziwości całości obrazu. W dziełach twórcy niejednokrotnie uwierzytelniają fabułę wplatając w nią autentyczne zdarzenia oraz osoby, przy czym zasłyszane opinie przedstawiają jako fakty. Te popularne zabiegi, nawet poparte zapewnieniem autorów o prawdziwości podawanych informacji jeszcze treści prawdziwą nie czynią. Ostrożność zalecana tym bardziej, im więcej przekaz przypomina literaturę z gatunku SF. Nikt rozsądny nie bierze dramatów Sofoklesa, tudzież Ajschylosa za opisujące zaistniałe wydarzenia, choć odbija się w nich doskonale obraz współczesnego autorom społeczeństwa ateńskiego. Jeżeli kryterium oceny prawdziwości relacji ma być użycie w niej stosownych nazw geograficznych to podanie o legendarnych założycielach Rzymu, Remusie i Romulusie należałoby niezwłocznie przekwalifikować z mitów do świadectw historycznych. Wszakże dramat rozgrywa się między innymi na rzece Tybr i rzymskich wzgórzach.
Fantazja? Nie większa, niż u ewangelistów. Gdy przestał wystarczać charyzmatyczny wprawdzie, ale człowiek z przekazów Marka nie wahano się uatrakcyjnić jego dossier, by stało się godne istoty wyższej. Prostych ludzi, którymi otaczał się Jezus nietrudno było oczarować, bardziej wyrafinowanym należało dostarczyć jednak pełen zakres nadprzyrodzoności: boga wcielonego, czy też syna bożego, jak wolą niektóre odłamy chrześcijaństwa. Syna bożego nie metaforycznie, lecz literalnie. Właśnie ten pęd dopasowywania obrazu Jezusa do potrzeb i gustów odbiorców musi rodzić dręczące pytanie, jak wiele z opisanych zdarzeń jest li tylko wynikiem mocy sprawczej wybujałej wyobraźni autorów? Jak daleko posunięto się w ubarwianiu…
Zatem w celu weryfikacji winno się szukać potwierdzenia w źródłach postronnych. Owszem, śladowe ilości istnieją. Najważniejszym z kronikarzy opisujących wydarzenia na terenie Syro-Palestyny jest Józef Flawiusz. W swoim dziele „Antiquitates” („Starożytności”) pisze w Księdze XVIII 3,3: „W owym czasie pojawił się Jezus, człowiek wielkiej mądrości, jeśli w ogóle można go nazwać człowiekiem. Czynił on cuda i nauczał ludzi, którzy chętnie przyjmowali prawdę. Ten pozyskał dla siebie wielu Żydów i Greków. Był on Chrystusem. Gdy najprzedniejsi w państwie wydali Jezusa, a Piłat ukrzyżował, ci, którzy go pierwsi umiłowali, nie wyrzekli się go. Na trzeci dzień ukazał im się znowu żywy, o czym podobnie jak i o tysiącu innych cudów świadczą jego wyznawcy – chrześcijanie od niego wywodzący swą nazwę.”
Urywek ten znany jako „testimonium Flavianum” jest pięknym przykładem nieuczciwości chrześcijańskiej, przejawiającej się w wybitnych skłonnościach do fałszerstw, byleby „udowodnić” swoje racje. Otóż fragment ten nie dość, że nieznany był pierwszym apologetom: Teofilowi z Antiochii, Justynowi, Klemensowi Aleksandryjskiemu, bądź Tertulianowi to jeszcze przypieczętował jego nieautentyczność sam wielki ojciec kościoła Orygenes (zm. W 254 r. n.e.). Znając fragmenty dotyczące Jana Chrzciciela i Jakuba, brata Jezusa zarzuca Flawiuszowi uwaga: nie uznawanie przez niego mesjańskiego charakteru Jezusa. Taka opinia stoi w takim razie w rażącej sprzeczności z wydźwiękiem cytatu, który rzekomo miał wyjść spod pióra Józefa Flawiusza. To jednak nie koniec wątpliwości. Dziejopisarz żydowski wzmiankuje w Księdze XVIII 5,2 o śmierci Jana Chrzciciela, a w Księdze XX 9,1 podaje okoliczności skazania Jakuba:
„zwołał Sanhedryn i stawił przed sądem Jakuba, brata Jezusa zwanego Chrystusem oraz kilku innych. Oskarżył ich o naruszenie Prawa i skazał na ukamienowanie”
Wypada w związku z tymi fragmentami zastanowić się, dlaczego Józef Flawiusz wspomina egzekucję Jana i wyrok Jakuba, a nie zająknie się ani słowem o kaźni Jezusa. Argument o skazaniu na zapomnienie nie wydaje się być trafny, skoro jednak Flawiusz przywołuje to imię. Z logicznego punktu widzenia przestępcza tradycja wśród potomstwa Marii powinna zostać tym bardziej uwypuklona. A tu zagadkowa cisza…
Milczenie przerywa dopiero ok. 112 roku Pliniusz Młodszy i ok. 116 Tacyt.
Pierwszy pisze:
„Twierdzili, że ich wina lub błędy polegają tylko na tym, że w ustalone dni zbierali się razem przed wschodem słońca, śpiewali hymny pochwalne na cześć Chrystusa”
Ta dosyć lakoniczna wzmianka o Chrystusie i jego apoteozie nie podaje zbyt wiele wiadomości odnośnie jego postaci. Wskazuje tylko na istnienie jakiejś grupy wyznaniowej, a tego przecież nikt nie kwestionuje. Tak jak nikt nie podważa realności wyznawców Mitry, Jowisza lub Izydy. Więcej konkretów znajdujemy u Tacyta:
„Neron podstawił winowajców i dotknął najbardziej wyszukanymi kaźniami tych, których znienawidzono dla ich sromot, a których gmin chrześcijanami nazywał. Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza skazany był na śmierć przez prokuratora Poncjusza Piłata, a przytłumiony na razie zgubny zabobon znowu wybuchnął nie tylko w Judei gdzie się to wszystko wylęgło, lecz także w stolicy, dokąd wszystko, co potworne albo sromotne, zewsząd napływa i licznych znajduje zwolenników. Schwytano więc naprzód tych, którzy tę wiarę publicznie wyznawali, potem na podstawie ich zeznań ogromne mnóstwo innych i udowodniono im nie tyle zbrodnie podpalenia, ile nienawiść ku rodzajowi ludzkiemu.”
Mamy tu niewątpliwie wzmiankę, że za Tyberiusza został stracony jakiś Chrystus. Pozostaje jednak kwestią otwartą, czy Tacyt, pisząc o tym wydarzeniu niemal sto lat później, przekazał wiadomość w oparciu o informacje z rzymskich annałów, a może po prostu odniósł się tylko do wieści rozpowszechnianych przez samych zainteresowanych, czyli chrześcijan. Ciekawe światło na tytulaturę „Christos”, co znaczy zbawca, rzuca przekaz Swetoniusza. W „Vita Claudii” donosi on, że Żydzi za czasów cesarza Klaudiusza zostali wypędzeni z Rzymu, ponieważ „podburzani przez Chrystusa powodowali częste zamieszki”. Wynika z tego, iż w latach 41-54 n.e. jakiś bliżej nie znany Chrystus przebywał w Rzymie i miał się całkiem dobrze, podczas, gdy postać ewangeliczna już dawno winna wniebowstąpić. Otóż takich Chrystusów – Mesjaszy - Zbawców jako przywódców grup religijnych, bądź politycznych krążyło po ówczesnym świecie wielu. Który, bądź, którzy z nich posłużyli za pierwowzory do kompozycji bohatera pism nowotestamentowych (kanonicznych i apokryfów) pozostaje tajemnicą. Zagadka tym trudniejsza do rozwikłania, gdy już same relacje w ewangeliach kanonicznych często wzajemnie sobie przeczą. Wzbudzają tym w czytelnikach wrażenie, jakby opisywały diametralnie różne historie. Sama zaś koncepcja zbawiciela nie była ani nowa, ani też oryginalna, o czym jednoznacznie wypowiada się w „Słowie prawdziwym” Celsus około 178 roku n.e.:
„Ostatnio chrześcijanie znaleźli sobie wśród Żydów nowego Mojżesza, który ich skusił i powiódł jeszcze dalej. Nazywają go synem bożym, on jest twórcą ich nauki”
Cóż znaczy ostatnio? Czy odnosi się owo „ostatnio” do historii sprzed 150 lat? Najciekawszą jednak jest opinia, jaką Celsus wydaje o tej wierze. Twierdzi, że wokół kultowej postaci stworzono doktrynę składającą się z szeregu zapożyczeń z innych religii. Niewątpliwie jednym z nasuwających się nieodparcie skojarzeń jest to o Zaratustrze. Podobieństwo obu postaci wynika nie tylko z ich mitologicznej otoczki, dodanej dla uatrakcyjnienia obu panów, jak na przykład szereg cudów i nadprzyrodzonych zjawisk towarzyszących ich narodzinom. Na Jezusa życie dybał Herod, na noworodka Zaratustrę nastawali czarnoksiężnicy. Obaj wstępują na arenę kluczowych wydarzeń w podobnym wieku około 30 lat, w historii obu pomiędzy dzieciństwem, a rozpoczęciem działalności religijnej znajduje się luka. Irańscy wyznawcy wyjaśniają ją udaniem się Zaratustry na odosobnienie w celach medytacyjnych. Biblia milczy w tej kwestii. Obydwaj w swych wystąpieniach mocno piętnują instytucję stanu kapłańskiego uparcie stojącego na straży skostniałych tradycji. Główna różnica doktrynalna polega na tym, iż Zaratustrę uznawano za reformatora religijnego, a Jezusa uczyniono bogiem, ewentualnie jego synem. Zasadniczą analogią jest natomiast podejście obu religii do istoty nadrzędnej, czyli stwórcy. Bóg Jezusa ma znacznie więcej wspólnego (przynajmniej częściowo) z dobrym Ahuramazdą, aniżeli ze starotestamentowym mściwym bożkiem Jahwe. Obok wielu uderzających podobieństw pomiędzy zoroastryzmem, a chrześcijaństwem wysuwa się na pierwszy plan pojęcie zbawcy/mesjasza zrodzonego z dziewicy, który ma zwiastować koniec świata. W „Aweście” – świętej księdze Irańczyków zwie się ów Chrystus Saoszjantem. Zbawca zaś to koncept ze wszech miar praktyczny, bo nieustannie pożądany przez maluczkich na tym nienajlepszym ze światów. W ten sposób dochodzimy ku najistotniejszemu wspólnemu mianownikowi obu wierzeń, przekładającemu się na popularność i szybkie rozprzestrzenianie się tych religii to jest odwołanie do idei równości. Zarówno w VII/VI w. p.n.e., jak też w czasach tworzenia się chrześcijaństwa, królestwo sprawiedliwości miało niewątpliwie pociągający urok dla wszystkich uciśnionych, których nie brakowało i nie brakuje w każdej dobie. Wizja doskonalszego życia padała więc na podatny grunt, co przyczyniło się do błyskotliwego sukcesu obu wierzeń. Cud zmartwychwstania był tylko dodatkiem, danie główne stanowiła nęcąca perspektywa owego sprawiedliwego, bez nędzy, niewoli oraz niedoskonałości królestwa… nic to, że niebieskiego.
Tako rzecze Zaratustra siedem wieków przed narodzeniem Jezusa Chrystusa:
„Kto czci najwyższego Za pomocą świętej Wiary Zbawcy {Zaratustry} Temu o Mazdo będziesz Ojcem, Przyjacielem Lub nawet Bratem!”
A tak prawi biblia:
„Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny, kto zaś nie słucha Syna, nie ujrzy żywota, lecz gniew Boży ciąży na nim” (Jan 3,36)
To, co niewątpliwie odróżnia zoroastryzm od chrześcijaństwa to odejście pierwszego od krwistych ofiar. Potomkowie wyznawców Jahwe, obywatele cesarstwa rzymskiego najwidoczniej nie potrafili zrezygnować z barbarzyńskiego zwyczaju. Podług nich przebłaganie boga oraz zbawienie ludu mogło się odbyć tylko i wyłącznie poprzez ociekającą juchą obiatę. Aby mentalnej tradycji stało się zadość, nie wypadało postąpić inaczej i należało posłać kogoś (przynajmniej w przekazie) na rzeź. Padło na Jezusa. Smaczku zdarzeniu dodawało pokrewieństwo zwierzęcia ubojnego…ups…baranka bożego z najwyższym. I nic to, że niezbyt ładnie świadczyło o boskim ojcu, ponoć dobrym i miłosiernym. Taka niespójność wydaje się dobitnie wskazywać na zaanektowanie części ideologii z zewnątrz.
Któż jeszcze obok przekazów chrześcijańskich potwierdza owo wydarzenie? Józef Flawiusz nie, Swetoniusz jest równie daleki od tego, Tacyt natomiast tak, ale jak zostało wspomniane nie wiadomo, czy ostatni nie odnosił się, aby do opinii urobionej wśród samych chrześcijan. Podobne podejrzenie powstaje, gdy czytamy Lukiana z Samomaty:
„Do dzisiaj uczą, jak wiadomo, tamtego wielkiego człowieka ukrzyżowanego w Palestynie za to, że wprowadził między ludzi te nowe obrzędy […] Żywią bowiem Ci nieszczęśliwi przekonanie, że po wsze czasy będą nieśmiertelni i że ich życie trwać będzie na wieki. Dlatego też lekceważą śmierć i wielu z ich dobrowolnie się na nią wydaje. NADTO PIERWSZY PRAWODAWCA [czyżby Paweł?] WZBUDZIŁ W NICH PRZEKONANIE, że wszyscy nawzajem są braćmi z chwilą, gdy się nawrócą, wyprą bogów helleńskich, uczczą tego ukrzyżowanego mędrca i będą pędzić Życie wedle jego praw. Do wszystkiego więc odnoszą się z równym lekceważeniem i wszystko uważają za wspólne dobro.” (Lukianom, OZP, str. 228-229)
„Wzbudził w nich przekonanie” …odpuszczę sobie komentarz, zdając się na inteligencję czytelników i pozostawiając cytat do samodzielnej analizy.
Zajrzyjmy teraz do źródeł żydowskich, czyli pism talmudycznych, pamiętając, że spisanie tej ustnej tradycji nastąpiło dopiero w V/VI wieku naszej ery. Z tego powodu trudno orzec, czy wzmiankowanie o Jezusie jest pokłosiem rzeczywistych wydarzeń, czy też wynikło z reakcji na wersję rozprzestrzenianą znowu przez samych zainteresowanych, czyli chrześcijan.
Talmud babiloński donosi:
„Naucza się: W wigilię Paschy powiesili Jeszu. Herold chodził przed nim przez czterdzieści dni (mówiąc): Będzie on ukamienowany, gdyż uprawiał czary i zwodził i prowadził Izrael na manowce. A ktokolwiek wie coś na jego korzyść, niech przyjdzie i niech się za nim wstawi. Nie znalazłszy jednak nic na jego korzyść, powiesili go w wigilię Paschy” (Sanhedryn 43a)
Początkowy zwrot „naucza się” zda się jednoznacznie potwierdzać wcześniej przeze mnie wysuniętą tezę o komentarzu w Talmudzie jako reakcji na propagowaną wśród wyznawców Jezusa wersję wydarzeń. Co więcej, znając tendencje ojców kościoła do obwiniania Żydów za śmierć swego bohatera, dalsza część tekstu sprawia wrażenie próby obrony przed zarzutami. Zresztą wraz z nasilaniem się ataków na Żydów rosła ich złośliwa riposta, która osiągnęła apogeum w „Toledoth Jeszuah” (Życie Jezusa), rozpowszechnionym w kręgach judaistycznych średniowiecza.
Wreszcie mamy taki oto fragment listu z około 70 roku n.e. napisanego z więzienia przez Mara Bar Serapiona:
„Jaką korzyść odnieśli Ateńczycy z wydawania Sokratesa na śmierć? Przyszedł na nich głód i zaraza jako pomsta za ich zbrodnię. Jaką korzyść wynieśli mieszkańcy Samos ze spalenia Pitagorasa? W jednej chwili kraj ich został zasypany piaskiem. Jaką korzyść osiągnęli Żydzi z tego, że skazali swego mądrego króla.? Przecież wkrótce potem zniknęło ich królestwo. Sprawiedliwie Bóg pomścił tych trzech mędrców. Ateńczycy poginęli z głodu, tych z Samos pochłonęło morze, Żydzi – zrujnowani i wypędzeni z własnego kraju – żyją w całkowitym rozproszeniu. Lecz Sokrates nie umarł całkowicie, żył nadal w naukach Platona, Pitagoras nie umarł całkowicie – żył nadal w posągu Hery, nie umarł także całkowicie mądry król – żył nadal w swojej nauce.”
Pomimo braku przywołania Jezusa z imienia, fragment ten jest kwalifikowany przez wyznawców jako odnośnik do ich obiektu kultu. Przy głębszym zastanowieniu taka interpretacja wzbudzać musi szereg refleksji.
Dziwi na przykład, dlaczego autor pisze o Żydach jako tych, którzy skazali Jezusa. Kłóci się to z ówczesnym stanem prawnym, mianowicie pozbawieniem Sanhedrynu prawa orzekania wyroku śmierci. Podobnie zresztą było w innych krajach podbitych przez cesarstwo. Rzymianie zastrzegli sobie wyłączność sprawowania jus gladii. Oczywiście możliwym jest, iż odnosił się Mara Bar Serapion do kulis wydarzenia, tak jak je przedstawia Nowy Testament, wskazując na kapłanów jako inicjatorów oraz na epizod z uwolnieniem Barabasza. Kwestią zasadniczą pozostaje w takim razie skąd znane mu były owe kulisy. Są dwie możliwości: opinia taka stanowiła rzecz ogólnie znaną na terenie Palestyny, tudzież całą historię zasłyszał od gorliwego wyznawcy, bardzo możliwe, że współwięźnia. Znowu w takim razie byłby to tylko pogłos zetknięcia się z chrześcijańskim ujęciem zagadnienia. Na ten drugi wariant wskazuje dodatkowo tytulatura (król), jaką nadaje się w tekście domniemanemu Jezusowi. Zważywszy, że Jezus nie był nigdy oficjalnie za takiego uznany, oczywiście wyjąwszy własnych orędowników, rzecz wydaje się nieprawdopodobną w ustach osoby zupełnie postronnej, niezwiązanej emocjonalnie z podmiotem. Ponadto ewangeliczna sprzeczność dotycząca genealogii rzekomego potomka z rodu Dawida (Mateusz i Łukasz różnią się w swych wywodach) wskazuje, jak słabe, choć udowadniane z wielką determinacją, podstawy posiada ten biblijny „fakt”. Zważywszy to wszystko, nie pozostaje nic innego, aniżeli zakwalifikować tą nadmierną atencję jako szczególnie podejrzaną. Takie ujęcie sugeruje za to jeszcze inną alternatywę. List ten przechowywany w muzeum brytyjskim, przechował się w formie odpisu datowanego na V wiek n.e. Znając brzydką tendencję chrześcijan do gorliwego naginania rzeczywistości ku własnym potrzebom, nie można wykluczyć, iż taki los spotkał również korespondencję Mara Bar Serapiona, którą odpowiednio spreparowano. Dla przypomnienia podam tylko kilka przykładów spektakularnych matactw: donacja Konstantyna Wielkiego, dekretały izydoriańskie, przeróbki i podróbki wielu tekstów, m.in. Józefa Flawiusza albo Lukiana.
Reasumując. Nie jest moją intencją stanowczo zaprzeczać istnieniu Żyda o imieniu Jezus. Pragnieniem moim było jedynie wskazać na możliwość zupełnie odmiennej interpretacji, aniżeli proponowana przez środowiska, w których żywotnym interesie leżało i leży dowodzenie prawdziwości przekazów Nowego Testamentu. Analiza źródeł innych, niż chrześcijańskie wskazuje na brak w nich całkowicie niezależnego oraz jednoznacznego potwierdzenia historii o Jezusie. Najczęściej teksty są reakcją autorów na rekomendację osoby Chrystusa przez zbory chrześcijańskie. Najważniejszy „dowód”, czyli „testimonium Flavianum” to falsyfikat. Pozostaje w zasadzie tylko jeden odnośnik, mianowicie wzmianka o Jezusie w piśmie Józefa Flawiusza dotyczącym procesu jego brata Jakuba. Jednak sposób ujęcia tematu przez dziejopisarza chwieje kluczową chrześcijańską koncepcją to znaczy ukrzyżowaniem.
W książce „Przewodnik apologetyczny” Josh McDowell pisze:
„Łukasz jako historyk opisuje zastosowane przez siebie techniki badawcze”, potem jako „dowód” umieszcza poniższy cytat z ewangelii:
„Skoro już wielu podjęło się sporządzenia opisu wydarzeń, które wśród nas się dokonały, Jak nam to przekazali naoczni świadkowie i słudzy Słowa, Postanowiłem i ja, który wszystko od początku przebadałem, dokładnie kolejno ci to opisać Teofilu, Abyś upewnił się o prawdziwości nauki, jaka odebrałeś.” (Łk 1, 1-4)
Pomijając na razie dysonans między wyrażeniem „skoro już wielu”, z naciskiem na wielu, a oficjalnym uznaniem tylko czterech świadectw (Mateusza, Marka, Łukasza i Jana) chcę przede wszystkim zapytać, o jakich technikach badawczych rzekomo mówi Łukasz? Z tego fragmentu wynika tylko, że postanowił zbadać sprawę, o szczegółach metodologii milczy. Wbrew temu, co sugerują zwolennicy „prawd” ewangelicznych trudno z tego tekstu jednoznacznie wywnioskować, czy Łukasz miał możność przepytywania naocznych świadków, czy jedynie posiadał dostęp do przekazów uchodzących za ich autentyczne sprawozdania. Ekscytacja frazą, „które wśród nas się dokonały” jest także nadmierna. Może ona równie dobrze oznaczać: nas chrześcijan w rozumieniu całej grupy, stanowiącej jedność z tymi, którzy w czasie przeszłym mieliby podług swych relacji uczestniczyć w wydarzeniach. Słyszy się często opinię, jakoby Łukasz pracując nad swoim tekstem opierał się na wspomnieniach Maryi. Jeżeli z podanego cytatu wyraźnie widać, iż jego praca ma celu upewnienie Teofila w prawdziwości powtarzanych historii, winien nie omieszkać napomknąć o tak znamienitym źródle. Byłoby to wszakże doskonałym uwiarygodnieniem. Tego miażdżącego sformułowania tymczasem brak. Zbywa zresztą na takich oświadczeniach jednakowo u wszystkich „synoptyków”*¹. Widocznie prognozowali z zastanych w filiżankach fusów po bliżej nieokreślonych uczestnikach podwieczorku. Jakby nie patrzeć jedna sprawa nie powinna budzić zastrzeżeń u choćby największych sceptyków. Źródła Łukasza (i nie tylko jego) posiadały sporą fantazję, a sam spisujący stanowi kwintesencję dziecięcej naiwności. Podobnym infantylizmem odznacza się cała reszta „biografów” od niepokalanego poczęcia oraz zmartwychwstania, ale przecież my ludzie tak tęsknimy za udoskonalonym i nie szkodzi, że odrealnionym światem bajek. Dlatego zapewne wielu czytając na przykład ewangelię Jana stara się nie dostrzegać jawnych nonsensów. A powinno przecież zastanowić, dlaczego słowo podobno objawione, czyli w założeniu doskonałe, wykazuje logiczną niespójność. Otóż u Jana 12.48 czytamy: „Kto mną gardzi i nie przyjmuje słów moich, ma swego sędziego: Słowo, które głosiłem, sądzić go będzie w dniu ostatecznym.” I byłoby to do przyjęcia, gdyby ciut wcześniej nie padła wyraźna wskazówka, że przyczyną ludzkiej niechęci do tego słowa jest wola samego „dobrego” i „miłosiernego” boga.
„Zaślepił oczy ich I zatwardział serce ich, Aby nie widzieli oczami swymi I nie rozumieli sercem swym, I żeby się nie nawrócili, I żebym ich nie uzdrowił”.(J 12.40)
Delikatnie ujmując, dowcipniś z tego niebieskiego ojca nielada. Podobnych absurdów w Nowym Testamencie jest mnóstwo. Najbardziej chyba spektakularny przejawia się w rozbieżności sprawozdawczej z momentu zejścia Jezusa. Jan przytacza taką wersję: „A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę, oddał ducha.” (J 19.30). Natomiast od Łukasza dowiadujemy się: „A Jezus zawoławszy wielkim głosem, rzekł: Ojcze, w ręce twoje polecam ducha mego. I powiedziawszy to skonał.” (Łk 23.46) Tej niekonsekwencji nie da się wytłumaczyć różnym czasem obserwacji sceny, gdyż dotyczy ona tego samego krótkiego momentu. Ponadto nie chodzi o drobne potknięcie w jakimś nieistotnym detalu. Mówimy o kluczowym wydarzeniu dla całego chrześcijaństwa. Oczywiście istnieje zjawisko rozbieżności w relacji świadków, tylko, że dopuszczenie tej niedoskonałości ludzkiej percepcji burzy koncepcję prawdziwego, bo natchnionego słowa bożego. Prawda jest taka, że biblia to tekst, którego objawienie wynika tylko z takiego do niego podejścia ludzi, a nie z rzeczywistej nadprzyrodzoności. A skoro tak to należy dopuścić możliwość pomyłki, bądź celowego wprowadzenia w błąd, również odnośnie innych zdarzeń, jak choćby zmartwychwstanie. I nic tu nie pomoże deklaracja autora: „A to jest właśnie uczeń, który składa świadectwo o tych rzeczach i to napisał; a wiemy, że świadectwo jego jest prawdziwe” (J 21.24) Przede wszystkim to wiemy o prawdziwości istnienia fenomenu zatytułowanego: nieskończenie wielka łatwowierność części rodzaju ludzkiego.
Podnoszą często zwolennicy „słowa objawionego” argument o niekwestionowaniu na podstawie przekazów, niejednokrotnie bardzo skąpych, autentyczności Aleksandra Wielkiego, Juliusza Cezara, Sokratesa, bądź Solona. Przewrotność niesłychana. Zapominają mianowicie o pewnym drobniutkim szczególe: nikomu nie wpadnie do głowy obstawać przy nadnaturalnych mocach, tudzież boskości Aleksandra Wielkiego. A przecież o nim również opowiadano, jako o synu Zeusa, którego grom miał uderzyć w łono Olimpiady, zapładniając królewską matkę. Przypisywano mu poetycko władzę nad żywiołem, uśmierzenie wzburzonych morskich fal, cofnięcie wód, niczym podczas pochodu Mojżesza, a wszystko, by wojska Aleksandra mogły bez przeszkód pokonać Morze Pamfilijskie. Wyznawcy Chrystusa wymagają tymczasem, aby każde ludowe podanie „Made in Biblia” traktować jako prawdę absolutną. W imię tego uzurpują sobie prawo ustalania norm moralnych. Podobno w każdej bajce tkwi ziarenko prawdy. Nie wydaje mi się jednakże, aby dla tego ziarenka należało wierzących traktować w sposób szczególny i przyznawać ich punktowi widzenia specjalny status. Zwłaszcza, gdy w oparciu o tę wydumaną wyjątkowość nie wahali się, gdy urośli w siłę, siłą narzucać swoich przekonań. Niejednokrotnie posuwali się przy tym do najgorszych zbrodni. Dlatego, gdy prof. Ernest Kevan powiada:
„Kościół, który jest zbyt święty, by budować na spróchniałych fundamentach, jest zarazem zbyt prawowierny, by budować na micie”,
wypada się tylko uśmiechnąć z politowaniem, dumając nad ludzką nieroztropnością przy wypowiadaniu sądów. Inny przykład beztroskiej paplaniny:
„Proces rozumowania stosowany przez Jesus Seminar*² to wymyślna forma błędu logicznego, znana jako petitio principia, czyli domaganie się początku. Błędne koło w dowodzeniu rozpoczyna się tu od pozbawienia postaci religijnej z I wieku aspektu nadprzyrodzoności – i kończy się w tym samym punkcie.”(dr Norman Geisler, BECA, 388)
Ten sam zarzut można skutecznie odwrócić, chociażby odnosząc się do chrześcijańskiego założenia, jakoby owa postać religijna z I wieku była nieposzlakowanie uczciwa i doskonała moralnie. Przypomnijmy sobie słowa Łukasza o wielu, którzy mieli spisywać dzieje Jezusa. Trzech obok samego Łukasza to chyba za mało, by używał on określenia „wielu”. I rzeczywiście. Jest przecież jeszcze cały szereg innych świadectw, czyli apokryfów. A w świetle apokryficznej Ewangelii Judasza*³ ta opinia o nadprzyrodzoności oraz właśnie nieskazitelnej uczciwości Jezusa znacznie blednie. Jeżeli traktujemy ewangelie kanoniczne jako wiarygodne źródła, musimy taką samą rangę nadać apokryfom jako równie rzetelnym materiałom historycznym i nie może mieć znaczenia fakt, że nie podoba się to wierzącym, gdyż burzy, przyjęty dotąd za prawdziwy, wizerunek ich przedmiotu kultu. Otwartość to podstawowe kryterium bezstronnego podejścia badawczego. Naturalnie jest dla mnie w pełni zrozumiałym, iż dla potrzeb wiary dopuszcza się wybiórczą selekcję. Tylko w takim wypadku nie ma mowy o obiektywizmie, ani o aspiracji tego ideologicznego ujęcia do miana niepodważalnej prawdy.
Na koniec przykład takiego przerażającego braku obiektywizmu oraz zupełnej ignorancji u osoby, uważającej siebie za otwartego, poszukującego prawdy naukowca, którego sztandarowym zarzutem pod adresem sceptyków i krytyków słowa biblijnego jest ni mniej, ni więcej tylko właśnie zarzut niedostatecznej elastyczności oponentów. Josh McDowell w swoim „Przewodniku apologetycznym” umieścił taką oto informację:
„Mahomet, Konfucjusz, Budda i inni ludzie zostali poczęci w sposób naturalny – męskie nasienie zapłodniło żeńskie jajo. Z Jezusem Chrystusem było inaczej. Matka poczęła Go, gdy była jeszcze dziewicą. Nie miał on „rodzonego ojca”. Poczęcie i narodzenie Chrystusa z dziewicy to coś wyjątkowego w dziejach ludzkości.”
Wyjątkową zdaje się być niewiedza autora powyższych słów. Chociaż bardziej prawdopodobnym jest celowe matactwo. Jakoś przychodzi mi z ogromnym trudem uwierzyć, że nieznane są temu panu choćby buddyjskie podania o cudownych narodzinach ich kultowej postaci.
*¹W ewangelii Mateusza (9, 9) istnieje wprawdzie wers mówiący o powołaniu przez Jezusa kogoś wykonującego zawód celnika imieniem Mateusz, ale w tym samym wydarzeniu zarówno Marek (2,14), jak też Łukasz (5,27) owego celnika nazywają Lewi.
*²Jesus Seminar – grupa siedemdziesięciu badaczy o zróżnicowanym światopoglądzie przy Estar Institute of Santa Rosa w Kalifornii, spotykająca się w celu oceny autentyczności słów i czynów Jezusa; w wyniku tych dociekań, orzekli, iż jedynie 2% wypowiedzi Jezusa jest niewątpliwie jego autorstwa, 82% nie jest autentyczne, a 16% stanowią słowa wątpliwe, co do swej oryginalności.
*³ „Przewyższysz ich (apostołów) wszystkich. Ale, Judaszu, musisz poświęcić ciało, które mnie okrywa" "Wystąp przed wszystkich, a opowiem ci o tajemnicach królestwa. Możliwe jest, żebyś je osiągnął, chociaż wiele wycierpisz." Te dwa fragmenty, jak też cała wymowa Ewangelii Judasza wskazuje na działania Judasza zgodnie z wolą oraz zaleceniami samego Jezusa. W tym wypadku potępienie zdrajcy, jakie dokonuje się w pismach kanonicznych stałoby się niesłuszne, a całość historii z przebiegiem ostatniej wieczerzy, pojmaniem, procesem i w konsekwencji ukrzyżowaniem nosiłaby znamiona mistyfikacji.
Bibliografia: -„Zarys dziejów religii” Praca zbiorowa pod redakcją Komitetu: prof. dr Józef Keller – przewodniczący, prof. dr Wiesław Kotański, prof. dr Witold Tylach, mgr Bogdan Kupic, Iskry 1985 -„Słownik apologetyczny” Josh McDowell, Oficyna Wydawnicza „Vacatio” Warszawa 2002 -„Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu”, Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne Warszawa 1975
|